kwietnia 22

.: The Dream – tłumaczenie

Opinie Komentarz Wyłączone

Oto tłumaczenie wykonane przez naszego (realnego) wielkiego rodaka,  Adama Mickiewicza.

.: Sen

Dwoiste życie nasze: sen ma świat udzielny
Śród otchłani, nazwanych bytem i nicestwem,
Nazwanych, lecz nieznanych, – sen ma świat udzielny,
Z rzetelną władzą rządząc nad marnym królestwem.
Mary i życie biorą, i postaci noszą,
Rozczulają i dręczą, i łechcą rozkoszą.
Troski dzienne ciężarem przywalają sennym
I ujmują ciężaru naszym pracom dziennym.
One się do istoty naszej mogą wcielić,
Zabrać połowę czasu i byt nasz podzielić.
Jak posłańce wieczności – błysną i przepadną,
Jako przeszłości duchy – często przyszłość zgadną,
Jak wróżące Sybille – ciemność do ich ręki
Składa tyrańskie berło rozkoszy i męki.
One, gdy zechcą, na to przerobić nas mogą,
Czym nie byliśmy nigdy; – one rażą trwogą,
Wywołując cień z grobów. – Więc mary są cienie?
Przeszłość nie jestże cieniem? czymże jest marzenie?
Robotą duszy, – dusza może wyprowadzić
Z nicestwa światy nowe i na nich osadzić
Doskonalsze od ziemskich kształty promieniste,
Wlać im duch trwalszy, niżli w ciała rzeczywiste.

Opowiem wam, co mi się dawniej przywidziało:
Może we śnie – bo kiedy sen uwięzi ciało,
Duch wolny może obiec rozległą krainę
I długie pasmo życia w jedną zwić godzinę.
Zdało mi się, żem widział młodych ludzi dwoje.
Chłopca i dziewkę; stali na wzgórku oboje,
A wzgórek był zielony, pochyłej urody,
Niby jaki przylądek; tylko zamiast wody,
Wkoło żywy krajobraz i powiewna fala
Kłosów i sianożęci, i gdzieniegdzie z dala
Porozrzucane chaty; nad nimi dym bury
Ulotne snuł kolumny. Sam wierzchołek góry
Zdobiły zasadzone drzew i kwiatów wieńce;
Nie przypadek je sadził, lecz umyślne ręce.
Chłopiec i dziewka patrzą – ta na okolice
Piękne jak ona sama, a ten na dziewicę.
W nim rozwija się młodość, w niej piękność rozwita,
W obojgu młodość, ale młodość rozmaita. -
Jak wśród niebios jaśnieje wdzięczna twarz księżyca,
Tak wpośród lat niewieścich jaśniała dziewica.
Chłopiec był laty młodszy, lecz starsze nad lata
Serce jego; wzrok jego w całym kręgu świata
Jedyne tylko widział swej kochanki lice,
I widział ją przed sobą, w niej utkwił źrenice
I nie mógł ich oderwać; nie było w nim ducha,
Ona była mu duchem; głosu jej drżąc słucha,
Ona była mu głosem; on swych oczu nie ma,
Ona była mu okiem: bo ścigał oczyma
Jej spojrzenia, i wszystkie oglądał przedmioty
W świetle od niej odbitym; on nie ma istoty,
Nie ma życia: w nią przelał całe życie swoje,
W niej, jako w oceanie, wszystkie myśli zdroje
Pogrążył; za jej słówkiem, za ręki dotknieniem
Krew w nim ścina się lodem albo wre płomieniem.
Twarz jego na przemiany goreje i bladnie,
Serce boli i bolów przyczyny nie zgadnie.
Lecz ona słodkich jego cierpień nie podziela,
Wzdycha, lecz nie do niego, – ma w nim przyjaciel?
Ma brata, i nic więcej! – On przestawał na tem.
Że ją zwał przyjaciółką, że go zwała bratem;
Teraz nie chce przestawać. Skądże ta różnica?
Czas rozwiązał zagadkę – kochała dziewica,
I kochała innego; i właśnie w tej chwili,
Gdy oboje na górze stali i patrzyli,
Ona wzrokiem kochanka dalekiego nęci,
Żeby leciał tak bystro, jak lecą jej chęci.

Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.

Widać gmach starożytny; – stoi u przedsienia
Rumak z siodłem do drogi – w gotyckiej kaplicy
U ołtarza był chłopiec – nie widać dziewicy.
Chłopiec blady, samotny, przechodził się, myślił,
Usiadł, dobywa pióro, kilka słów nakryślił
I z pochyloną głową, na ręku oparty,
Wstał znowu, wstrząsnął głową i pisane karty
Na części rozerwawszy, w drżącej ciśnie dłoni,
I z gniewem w zębach szarpie, ale łez nie roni.
Uspokoił się nieco, zapalone lica
Ostygły i zmartwiały, – wtem wyszła dziewica.
Z obojętnym uśmiechem spotyka młodziana,
Choć dostrzegła, że była od niego kochana,
Że jej cień jako całun padł na jego duszę,
I zgadła, że on dla niej ma cierpieć katusze
Długie, straszne; nie zgadła, że miał cierpieć wiecznie.
Chłopiec wziął ją za rękę; obojętnie, grzecznie
Spojrzał – i w tej mu chwili na źwierciadło lica
Wybiła niewymownych uczuć tajemnica,
I zagasła – i znowu czoło zaszło mrokiem,
Znowu puścił jej rękę i powolnym krokiem
Oddalił się w milczeniu, nie żegnał dziewicy.
Rozstali się z uśmiechem; on wyszedł z kaplicy,
Raz jeszcze na ojczyste gmachy okiem rzucił,
Dosiadł konia, pojechał – i więcej nie wrócił.

Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.

Chłopiec dorósł młodzieńca – w obce pokolenia,
W dalekie zbłądził kraje i pod wschodnim słońcem
Poił duszę płomieniem, – on wiecznym był gońcem
Na lądzie i na morzu. Dokoła postaci
Podobne jemu krążą, przyjaciół czy braci?

Tu mnóstwo scen okropnych snuło się od razu,
I ów chłopiec był cząstką każdego obrazu.
Ujrzałem go na koniec. Dziwacznie przebrany,
Gdzieś daleko, w obozie wschodniej karawany.
Śród połamanych kolumn, na gruzie pomników,
Co przeżyły imiona swoich budowników,
Leżał; a przy nim wielbląd żuł resztę obroku,
Kilka arabskich koni pasło się u stoku.
Podróżni, których znużył upał całodzienny,
Drzemali w cieniu ruin, – on jeden bezsenny,
Na ręku wsparty, oczy na północ obrócił,
Z twarzą natchnienia pełną – rozmyślał czy nucił?
Niebo czyste tak wszystkie chmury zdjęlo z siebie,
Że ledwie co nie widać Pana Boga w niebie. -

Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.

Dziewica z oblubieńcem pierścionki zamienia.
On ją pojął, mnogimi osypał dostatki.
Widzę ją w cudzym domu, słyszę imię matki;
Otaczają małżonkę wesołe plemiona,
Nadobne syny, córki, – ale za cóż ona
Jakąś tęsknoty chmurą wdzięczną postać mroczy,
Zdradzając tajną boleść, co jej serce toczy?
Źrenice niegdyś jasne zamgliła powłoka,
Niby jakaś łza dawna, przystygła do oka;
Skądże to? – Wszak z kochankiem złączona na wieki,
Wszakże ten, co ją kochał, jest od niej daleki,
Nie będzie myśli czystych złym życzeniem brudzić,
Nie będzie jej westchnieniem nieumyślnym nudzić.
Czegoż smutna? wszak darmo wzajemności żądał,
Darmo w jej oczach zimnych nadziei wyglądał.
Wzgardzony, nie jest pewnie sprawcą jej katuszy,
Jest widmem dla pamięci, nie sępem dla duszy.

Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.

Młodzieniec znowu szuka domowego cienia.
Widzę go przed ołtarzem, z nim oblubienica
Młoda, wdzięcznej postawy, nadobnego lica:
Lecz nie była to owa najpierwsza kochanka,
Owa gwiazda błogiego młodych lat poranka.
Musiał o niej zapomnieć, – stoi zadumany,
Rozpatruje kościelne sklepienia i ściany -
Zadrżał i w tej mu chwili na zwierciadło lica
Wybiła niewymownych uczuć tajemnica,
I zagasła – i znowu czoło zaszło mrokiem.
Pogląda na swą żonę, ale błędnym wzrokiem;
Powtarza jej przysięgi, których nie rozumie:
Z kim jest, gdzie jest, zapomniał w sprzecznych myśli tłumie.
Widzi tylko swą młodość, stary gmach, kaplicę,
I listek poszarpany, i swoją dziewicę.
Te przypomnienia kirem śmiertelnej zasłony
Oddzieliły na wieki młodzieńca od żony; -
Po cóż w takiej godzinie takie przypomnienia?

Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.

Widzę dawną dziewicę. Jakie w niej odmiany!
Ona w suchotach duszy; – jej rozum znękany
Opuścił ster myślenia, wzrok jej dziko lata,
Blask, co świeci w jej oku, nie jest z tego świata;
Ona jest jak królowa nad państwami marzeń;
Jej myśl stała się węzłem sprzecznych wyobrażeń;
Kształty, niedotykalne zmysłom śmiertelnika
I niewidzialne, ona dostrzega, dotyka
I w poufałej wzywa do siebie rozmowie:
Taką chorobę wiek nasz obłąkaniem zowie.
Lecz nieraz mędrzec głębiej w obłąkanie wpada,
Jeśli melancholiji smutny dar posiada;
Bo wzrok melancholijny jak teleskop sięga,
Dalekie widma zbliża, rozłączone sprzęga,
I urok życia chłodną rozdarłszy uwagą,
Rozkrywa rzeczywistość wystygłą i nagą. -

Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.

Młodzieniec był pielgrzymem, jak widać z odzienia.
Kształty przy nim krążące znikły z senną marą
Lub wojnę z nim toczyły; – on stał się ofiarą
Nienawiści swych wrogów; zewsząd zguby bliski,
Postrzega sidła zdrady lub zemsty pociski.
Stoły jego zgryzota jak harpija plami,
On, jak dawny Mitrydat, karmił się jadami;
A trucizna nie była szkodliwą dla niego
I służyła mu na kształt chleba powszedniego.
Co innym śmiercią było, tym życie przewlekał;
Zbrzydził społeczność ludzką, w pustynie uciekał,
Żył w przyjaźni z górami, myślą do gwiazd lata,
Wdał się w rozmowę z wielkim jenijuszem świata.
Wzbogaconemu nauk czarodziejskich zbiorem
Tajemna księga nocy stanęła otworem.
Jego klątwą wyzwane z głębokości ziemi
Duchy go otoczyły – i został się z niemi.

Nie ma więcej zmian w scenach mojego widzenia.

Zbudziłem się. – Jak dziwne wyroków zrządzenia!
Mój sen dla dwojga ludzi smutny koniec znaczy,
Jednemu w obłąkaniu, obójgu w rozpaczy.

- Lord George Gordon Byron
(tłumaczenie: Adam Mickiewicz)

Autor: RedNacz

kwietnia 22

Składniki (lub też ingredients ;p)
– 1.5 szklanki mąki
– 2 jajka
– 1 szklanka mleka
– 2 łyżki cukru
– 2 łyżki masła roślinnego
– 3 łyżeczki proszku do pieczenia
– sól

Sos (albo sauce ;p):
– 2 szklanki truskawek (świeżych lub mrożonych)
– 3 łyżki cukru
– 1/2 szklanki galaretki z czerwonych porzeczek
– sok z 1/2 pomarańczy.

Zacznij od przygotowania sosu. Z umytych truskawek usuń szypułki (mrożone musisz trochę rozmrozić). Większe owoce pokrój i razem z małymi wrzuć do wysokiego naczynia. Wsyp cukier i starannie wszystko zmiksuj. Wymieszaj ten mus z lekko podgrzaną galaretką porzeczkową i sokiem z pomarańczy, przykryj i odstaw na bok. Teraz przyrządź ciasto. Białka oddziel od żółtek, po czym ubij z nich sztywną pianę. Do miski przesiej mąkę i mieszając, powoli wlewaj mleko. Potem dodaj żółtka, cukier, proszek do pieczenia, sól i roztopione chłodne masło. Gdy ciasto uzyska jednolitą konsystencję, delikatnie wmieszaj w nie pianę. Rozsmarowuj porcje ciasta w gofrownicy i kolejno piecz jasnozłote gofry. Podawaj gorące polane sosem truskawkowym.

Smak (albo taste ;p): BARDZO DOBRE !!!

Do popicia: lemoniada (IMHO) lub co kto chce :)

Autor: RedNacz

kwietnia 22

The Dream

Wszystkie Komentarz Wyłączone

:: The dream

I

Our life is twofold; Sleep hath its own world,
A boundary between the things misnamed
Death and existence: Sleep hath its own world,
And a wide realm of wild reality,
And dreams in their development have breath,
And tears, and tortures, and the touch of joy;
They leave a weight upon our waking thoughts,
They take a weight from off waking toils,
They do divide our being; they become
A portion of ourselves as of our time,
And look like heralds of eternity;
They pass like spirits of the past – they speak
Like sibyls of the future; they have power -
The tyranny of pleasure and of pain;
They make us what we were not – what they will,
And shake us with the vision that’s gone by,
The dread of vanished shadows – Are they so?
Is not the past all shadow? – What are they?
Creations of the mind? – The mind can make
Substances, and people planets of its own
With beings brighter than have been, and give
A breath to forms which can outlive all flesh.
I would recall a vision which I dreamed
Perchance in sleep – for in itself a thought,
A slumbering thought, is capable of years,
And curdles a long life into one hour.

II

I saw two beings in the hues of youth
Standing upon a hill, a gentle hill,
Green and of mild declivity, the last
As ’twere the cape of a long ridge of such,
Save that there was no sea to lave its base,
But a most living landscape, and the wave
Of woods and corn-fields, and the abodes of men
Scattered at intervals, and wreathing smoke
Arising from such rustic roofs: the hill
Was crowned with a peculiar diadem
Of trees, in circular array, so fixed,
Not by the sport of nature, but of man:
These two, a maiden and a youth, were there
Gazing -the one on all that was beneath
Fair as herself – but the boy gazed on her;
And both were young, and one was beautiful:
And both were young – yet not alike in youth.
As the sweet moon on the horizon’s verge,
The maid was on the eve of womanhood;
The boy had fewer summers, but his heart
Had far outgrown his years, and to his eye
There was but one beloved face on earth,
And that was shining on him; he had looked
Upon it till it could not pass away;
He had no breath, no being, but in hers:
She was his voice; he did not speak to her,
But trembled on her words; she was his sight,
For his eye followed hers, and saw with hers,
Which coloured all his objects; – he had ceased
To live within himself: she was his life,
The ocean to the river of his thoughts,
Which terminated all; upon a tone,
A touch of hers, his blood would ebb and flow,
And his cheek change tempestuously – his heart
Unknowing of its cause of agony.
But she in these fond feelings had no share:
Her sighs were not for him; to her he was
Even as a brother – but no more; ’twas much,
For brotherless she was, save in the name
Her infant friendship had bestowed on him;
Herself the solitary scion left
Of a time-honoured race. – It was a name
Which pleased him, and yet pleased him not – and why?
Time taught him a deep answer – when she loved
Another; even now she loved another,
And on the summit of that hill she stood
Looking afar if yet her lover’s steed
Kept pace with her expectancy, and flew.

III

A change came o’er the spirit of my dream.
There was an ancient mansion, and before
Its walls there was a steed caparisoned:
Within an antique Oratory stood
The Boy of whom I spake; – he was alone,
And pale, and pacing to and fro: anon
He sate him down, and seized a pen, and traced
Words which I could not guess of; then he leaned
His bowed head on his hands and shook, as ’twere
With a convulsion – then rose again,
And with his teeth and quivering hands did tear
What he had written, but he shed no tears.
And he did calm himself, and fix his brow
Into a kind of quiet: as he paused,
The Lady of his love re-entered there;
She was serene and smiling then, and yet
She knew she was by him beloved; she knew -
For quickly comes such knowledge – that his heart
Was darkened with her shadow, and she saw
That he was wretched, but she saw not all.
He rose, and with a cold and gentle grasp
He took her hand; a moment o’er his face
A tablet of unutterable thoughts
Was traced, and then it faded, as it came;
He dropped the hand he held, and with slow steps
Retired, but not as bidding her adieu,
For they did part with mutual smiles; he passed
From out the massy gate of that old Hall,
And mounting on his steed he went his way;
And ne’er repassed that hoary threshold more.

IV

A change came o’er the spirit of my dream.
The Boy was sprung to manhood: in the wilds
Of fiery climes he made himself a home,
And his Soul drank their sunbeams; he was girt
With strange and dusky aspects; he was not
Himself like what he had been; on the sea
And on the shore he was a wanderer;
There was a mass of many images
Crowded like waves upon me, but he was
A part of all; and in the last he lay
Reposing from the noontide sultriness,
Couched among fallen columns, in the shade
Of ruined walls that had survived the names
Of those who reared them; by his sleeping side
Stood camels grazing, and some goodly steeds
Were fastened near a fountain; and a man,
Glad in a flowing garb, did watch the while,
While many of his tribe slumbered around:
And they were canopied by the blue sky,
So cloudless, clear, and purely beautiful,
That God alone was to be seen in heaven.

V

A change came o’er the spirit of my dream.
The Lady of his love was wed with One
Who did not love her better: in her home,
A thousand leagues from his, – her native home,
She dwelt, begirt with growing Infancy,
Daughters and sons of Beauty, -but behold!
Upon her face there was a tint of grief,
The settled shadow of an inward strife,
And an unquiet drooping of the eye,
As if its lid were charged with unshed tears.
What could her grief be? – she had all she loved,
And he who had so loved her was not there
To trouble with bad hopes, or evil wish,
Or ill-repressed affliction, her pure thoughts.
What could her grief be? – she had loved him not,
Nor given him cause to deem himself beloved,
Nor could he be a part of that which preyed
Upon her mind – a spectre of the past.

VI

A change came o’er the spirit of my dream.
The Wanderer was returned. – I saw him stand
Before an altar – with a gentle bride;
Her face was fair, but was not that which made
The Starlight of his Boyhood; – as he stood
Even at the altar, o’er his brow there came
The selfsame aspect and the quivering shock
That in the antique Oratory shook
His bosom in its solitude; and then -
As in that hour – a moment o’er his face
The tablet of unutterable thoughts
Was traced – and then it faded as it came,
And he stood calm and quiet, and he spoke
The fitting vows, but heard not his own words,
And all things reeled around him; he could see
Not that which was, nor that which should have been -
But the old mansion, and the accustomed hall,
And the remembered chambers, and the place,
The day, the hour, the sunshine, and the shade,
All things pertaining to that place and hour,
And her who was his destiny, came back
And thrust themselves between him and the light;
What business had they there at such a time?

VII

A change came o’er the spirit of my dream.
The Lady of his love; – Oh! she was changed,
As by the sickness of the soul; her mind
Had wandered from its dwelling, and her eyes,
They had not their own lustre, but the look
Which is not of the earth; she was become
The queen of a fantastic realm; her thoughts
Were combinations of disjointed things;
And forms impalpable and unperceived
Of others’ sight familiar were to hers.
And this the world calls frenzy; but the wise
Have a far deeper madness, and the glance
Of melancholy is a fearful gift;
What is it but the telescope of truth?
Which strips the distance of its fantasies,
And brings life near in utter nakedness,
Making the cold reality too real!

VIII

A change came o’er the spirit of my dream.
The Wanderer was alone as heretofore,
The beings which surrounded him were gone,
Or were at war with him; he was a mark
For blight and desolation, compassed round
With Hatred and Contention; Pain was mixed
In all which was served up to him, until,
Like to the Pontic monarch of old days,
He fed on poisons, and they had no power,
But were a kind of nutriment; he lived
Through that which had been death to many men,
And made him friends of mountains; with the stars
And the quick Spirit of the Universe
He held his dialogues: and they did teach
To him the magic of their mysteries;
To him the book of Night was opened wide,
And voices from the deep abyss revealed
A marvel and a secret – Be it so.

IX

My dream is past; it had no further change.
It was of a strange order, that the doom
Of these two creatures should be thus traced out
Almost like a reality – the one
To end in madness – both in misery.

 

- Lord George Gordon Byron

Autor: RedNacz

kwietnia 20

Hufiec Skautów Czarnoleskich jest organizacją społeczną mająca na celu pomagać i sprawiać, by życie w naszym mieście Czarnolas jeszcze ciekawsze i prostsze. Skautem może zostać każdy bez wyjątku mieszkaniec Czarnolasu. Nie czekaj więc i zgłoś się do mnie! Pensja dla kandydata wynosi: 4lt na miesiąc, nie jest to dużo, ale jest to praca pozasyriuszowa (a wiec dodatkowa), czyli możesz pracowac jeszcze np. w firmie. Praca skauta polega na pomocy WSZYSTKIM mieszkańcom i wykonywaniu zadań zleconych przez Komendanta Skautów, czyli mnie. Jeśli będziesz aktywny, oczywiście zostanie to odpowiednia nagrodzone, awansować można raz na miesiąc. Więcej informacji pod numerem gg 7700455 i jan_11_palcow@wp.pl

Autor: Kamil Kotłowski